Wyobraź sobie, że jesteś w relacji, na której naprawdę ci zależy.
I właśnie dlatego zaczynasz robić rzeczy, by jej nie stracić.
Nie mówisz, że zrobiło ci się przykro, bo nie chcesz robić afery.
Nie mówisz, że wolałabyś spędzić weekend inaczej, bo przecież jemu tak zależy, żeby pójść na ten mecz.
Kiedy druga osoba pyta: „Wszystko okej?”, odpowiadasz: „Tak, jasne”.
Choć wcale nie jest okej.
Kiedy druga osoba przekracza twoją granicę, myślisz: „Może przesadzam”.
Kiedy jesteś zła, próbujesz szybko przestać być zła, bo przecież nie chcesz być tą czy tym co robi problemy.
Kiedy potrzebujesz więcej bliskości, uwagi albo wsparcia, zastanawiasz się, czy nie wymagasz za dużo.
Robisz to dla dobra relacji.
Tylko że po kilku latach może wydarzyć się coś niefajnego.
Dalej możecie być w tej relacji.
Tylko ciebie jest w niej coraz mniej.
I o tym będzie dzisiejszy odcinek.
O samowyciszaniu, czyli o tym, co dzieje się, kiedy próbujemy chronić relację poprzez ukrywanie własnych emocji, potrzeb, opinii czy granic.
I dlaczego ta strategia może doprowadzić dokładnie do tego, przed czym miała nas ochronić.
Czym jes samowyciszanie
Zacznijmy od tego, czym właściwie jest to samowyciszanie.
Pojęcie samowyciszaniy czyli po ang. Self-silencine, zostało opisane przez psycholożkę Danę Crowley Jack.
Jack badała początkowo doświadczenia kobiet z depresją i zauważyła pewien powtarzający się wzorzec funkcjonowania bdanych kobiet w bliskich relacjach.
Niektóre osoby, chcąc utrzymać więź, uniknąć konfliktu albo nie ryzykować odrzucenia, zaczynały stopniowo podporządkowywać własne zachowanie temu, czego (ich zdaniem) potrzebowała relacja.
Czyli niekoniecznie przestawały coś czuć.
Raczej uczyły się tego nie pokazywać.
Mogę być zła, ale zachowuję się tak, jakby wszystko było okej.
Mogę mieć inne zdanie, ale mówię: „No dobra, możemy zrobić tak jak chcesz”.
Mogę potrzebować wsparcia, ale zanim o nie poproszę, pojawia się myśl: „On ma teraz tyle na głowie, nie będę mu jeszcze dokładać”.
Mogę poczuć się zraniona tym, co powiedziała przyjaciółka, ale chwilę później sama sobie tłumaczę: „Oj, przecież pewnie nie miała nic złego na myśli. Nie ma co robić problemu”.
I tutaj jest jedna bardzo ważna rzecz.
Samowyciszanie nie oznacza po prostu, że czasami czegoś nie powiesz.
To nie jest tak, że zdrowa relacja polega na informowaniu drugiego człowieka o każdej emocji, myśli i potrzebie, która się w nas pojawia.
Czasami możesz pomyśleć: „Wkurzyło mnie to, ale właściwie nie jest to teraz dla mnie ważne” i świadomie odpuścić.
Możesz wiedzieć, że druga osoba ma fatalny dzień i stwierdzić: „Dobra, porozmawiamy o tym jutro”.
Możesz też uznać: „To jest jego decyzja. Ja zrobiłabym inaczej, ale nie potrzebuję go do tego przekonywać”.
To nie jest samowyciszanie.
Różnica leży między innymi w tym, dlaczego milczę.
Czy nie mówię czegoś, ponieważ świadomie zdecydowałam, że nie potrzebuję tego mówić?
Czy może nie mówię, ponieważ obawiam się, co wydarzy się w relacji, jeżeli pokażę, co naprawdę czuję, myślę albo czego potrzebuję?
„Nie chcę, żeby pomyślał, że jestem roszczeniowa.”
„Nie chcę jej teraz dokładać swoich problemów.”
„Nie chcę znowu wywoływać kłótni.”
„Nie chcę wyjść na przewrażliwioną.”
„Może rzeczywiście przesadzam.”
„Nie chcę, żeby się ode mnie odsunął.”
Ale, Dana Jack nie opisywała samowyciszania wyłącznie jako milczenia.
W teorii wyróżniono cztery powiązane ze sobą elementy.
Patrzenie na innych
Pierwszy to patrzenie na siebie z zewnętrznej perspektywy.
Czyli zanim zapytam siebie:
„Co ja o tym myślę?”
„Co ja czuję?”
„Czego ja potrzebuję?”
zaczynam patrzeć na siebie oczami innych.
„Co on o mnie pomyśli?”
„Czy ona uzna, że przesadzam?”
„Czy będę dobrą partnerką, jeśli tego odmówię?”
I zauważ, że tutaj jeszcze nawet niczego nie muszę ukrywać przed drugą osobą.
Najpierw mogę zacząć wyciszać własną perspektywę przed samą sobą.
Poświęcanie jako forma troski
Drugi element to przekonanie, że troska o drugiego człowieka wymaga poświęcania siebie.
I tutaj też trzeba uważać, bo kompromisy, troska czy czasowe postawienie czyichś potrzeb przed własnymi są zupełnie normalną i jak najbardziej pożądaną częścią bliskich relacji.
Jeżeli mój partner ma fatalny dzień, mogę zrezygnować ze swoich planów i zostać z nim w domu.
Problemem nie jest pojedyncze poświęcenie.
Problem pojawia się wtedy, kiedy to jest norma i reguła:
jeżeli komuś na mnie zależy albo mnie potrzebuje, jego potrzeby powinny być ważniejsze od moich.
Albo:
bycie dobrą partnerką, córką, przyjaciółką oznacza, że nie powinnam sprawiać innym problemu własnymi potrzebami.
Trzecim elementem jest już właściwe wyciszanie siebie.
Wiem, że coś mi nie odpowiada.
Ale tego nie mówię.
Wiem, że mam inne zdanie.
Ale się zgadzam.
Potrzebuję pomocy.
Ale o nią nie proszę.
Jest mi przykro.
Ale mówię:
„Nie, nie, wszystko okej”.
Podzielone "ja"
I wreszcie czwarty element, który jest chyba najbardziej przejmujący: podzielone „ja”.
Czyli zaczyna istnieć różnica pomiędzy tym, czego naprawdę doświadczam, a tym, co pokazuję drugiej osobie.
Na zewnątrz:
„Spoko, naprawdę nie ma problemu.”
A w środku:
„Jest mi cholernie przykro.”
Na zewnątrz:
„Możemy zrobić tak, jak chcesz.”
A wewnątrz:
„Dlaczego zawsze robimy to, czego ty chcesz?”
Na zewnątrz:
„Nie potrzebuję pomocy, dam sobie radę.”
A wewnątrz:
„Dlaczego nikt nigdy mi nie pomaga?”
I chyba właśnie tutaj najlepiej widać, czym samowyciszanie różni się od zwykłego kompromisu.
Różnica między kompromisem a samowyciszaniem
W kompromisie nadal jestem obecna.
Wiem, czego chcę. Potrafię to powiedzieć. Wiem też, czego chce druga osoba. I czasami wspólnie decydujemy, że tym razem to ja odpuszczę.
W samowyciszaniu coraz częściej pomijam jeden z elementów tej układanki – siebie.
I co ciekawe, bardzo często robię to właśnie dlatego, że ta relacja jest dla mnie ważna.
Nie chcę jej stracić.
Nie chcę konfliktu.
Nie chcę zranić drugiej osoby.
Chcę być dobrą partnerką, przyjacielem, córką, pracownikiem.
Intencja może być więc naprawdę dobra.
I właśnie dlatego samowyciszanie może być tak trudne do zauważenia.
Bo na początku wcale nie musi wyglądać jak coś, co nam szkodzi.
Może wyglądać jak empatia.
Jak elastyczność.
Jak bycie bezproblemową osobą.
Jak troska o innych.
Jak dbanie o relację.
Tylko że pozostaje pytanie:
co dzieje się z relacją, w której żeby ją chronić, coraz częściej muszę ukrywać siebie przed drugą osobą?
Dlaczego się sami uciszamy?
Ale za nim odpowiemy na to pytanie, to zastanówmy się dlaczego właściwie to robimy?
Bo przynajmniej na początku to może działać.
Wyobraź sobie prostą sytuację.
Partner mówi coś, co robi ci się przykro. Czujesz złość i przez chwilę masz ochotę powiedzieć:
„Nie podoba mi się sposób, w jaki się do mnie odezwałeś”.
Tylko że zaraz pojawia się druga myśl:
„Jeżeli to powiem, znowu się pokłócimy”.
Albo:
„Pomyśli, że się czepiam”.
„Obrazi się.”
„Odsunie się ode mnie.”
I nagle masz przed sobą dwa potencjalne zagrożenia.
Pierwsze: pozostanie z własnym dyskomfortem.
Drugie: ryzyko, że wydarzy się coś złego pomiędzy tobą a kimś, na kim ci zależy.
I jeżeli to drugie wydaje się bardziej niebezpieczne, łatwo wybrać:
„Dobra. Nic nie powiem”.
I… napięcie trochę spada.
Nie było kłótni.
Partner się nie obraził.
Wieczór nie został zepsuty.
Relacja, przynajmniej na ten moment – wydaje się bezpieczna.
I właśnie dlatego samowyciszanie może się utrwalać.
Możemy zobaczyć tutaj mechanizm negatywnego wzmocnienia.
Nie powiedziałam, co naprawdę czuję → uniknęłam trudnej rozmowy → poczułam ulgę.
Mózg bardzo szybko może się nauczyć:
„Okej. To działa. Następnym razem zróbmy tak samo”.
Oczywiście nie wszyscy mamy taką samą skłonność do wybierania tej strategii.
Jednym z czynników, który pojawia się w badaniach nad samowyciszaniem, jest wrażliwość na odrzucenie, czyli większa gotowość do oczekiwania odrzucenia, dostrzegania jego sygnałów i silniejszego reagowania na nie.
W metaanalizie obejmującej 60 badań i prawie 17 tysięcy osób większa wrażliwość na odrzucenie była związana między innymi z częstszym samowyciszaniem w relacjach.
Podobne związki znajdowano w badaniach dotyczących niepewnych stylów przywiązania, szczególnie przywiązania lękowego.
I to ma sporo sensu.
Jeżeli gdzieś głęboko mam przekonanie:
„Różnica między nami może zagrozić naszej więzi”,
to najbezpieczniejszym rozwiązaniem może wydawać się usunięcie tej różnicy.
Tylko że nie usuwam jej naprawdę.
Usuwam w danym momencie swoją stronę tej różnicy.
Dlatego warto nie patrzeć na samowyciszanie jak na jakąś wadę charakteru czy brak asertywności.
To może być strategia ochronna.
Czasem wyniesiona z wcześniejszych relacji, czasem związana z naszym sposobem budowania więzi, czasem po prostu wielokrotnie przećwiczona, bo wcześniej rzeczywiście pozwalała uniknąć nieprzyjemnych konsekwencji.
I właśnie tutaj pojawia się problem.
Konsekwencje samowyciszania
Bo jeżeli zapytamy:
„Czy samowyciszanie działa?”
to odpowiedź może brzmieć:
krótkoterminowo – całkiem nieźle.
Nie powiedziałam. Nie było konfliktu. Napięcie spadło.
Zgodziłam się pojechać tam, gdzie chciał partner — nie musieliśmy negocjować.
Nie powiedziałam przyjaciółce, że zrobiło mi się przykro — nie ryzykowałam niezręcznej rozmowy.
Czyli z perspektywy tu i teraz:
problem rozwiązany.
Tylko że właściwie… nie.
Usunęliśmy rozmowę o problemie, a nie sam problem.
I to jest pierwsza długoterminowa konsekwencja samowyciszania.
Druga osoba nie dostaje informacji potrzebnych do budowania ze mną relacji
Wyobraź sobie, że twój partner po raz kolejny wraca później, niż zapowiadał, i nie daje ci znać.
Denerwujesz się.
Kiedy przychodzi, pyta:
„Jesteś zła?”
A ty:
„Nie, wszystko ok.”
Co właśnie wydarzyło się w waszej relacji?
Ty być może myślisz:
„Nie będę robiła awantury. Odpuściłam.”
Ale zastanówmy się, jaką informację otrzymała druga osoba.
Najprawdopodobniej:
„To zachowanie jest dla niej okej”.
Więc za tydzień robi dokładnie to samo.
Potem jeszcze raz.
I jeszcze.
A twoja frustracja rośnie.
Aż któregoś dnia słyszysz samą siebie mówiącą:
„Ty masz mnie totalnie gdzieś, ze ja tu czekam z obiadem, zero szacunku do mojego czasu!”
I druga osoba może być naprawdę zaskoczona:
„Ale przecież nic nie mówiłaś…”.
I być może ty masz poczucie:
„Jak można było tego nie zauważyć?”
A on:
„Skąd miałem wiedzieć?”
A z niewypowiedzianych potrzeb może powstawać żal
„Ja zawsze dostosowuję się do ciebie.”
„Ja wszystkim pomagam, a kiedy ja czegoś potrzebuję, nikogo nie ma.”
„Zawsze robimy to, co ty chcesz.”
Tylko że czasami druga osoba może na to odpowiedzieć:
„Ale przecież nigdy nie powiedziałaś, że chcesz inaczej”.
I to jest bardzo niewygodne zdanie.
Bo nie oznacza, że nasze potrzeby są nieważne.
Pokazuje raczej, że poświęcenie, o którym druga osoba nie wie, trudno uwzględnić.
Ja mogę przez pięć lat rezygnować z czegoś „dla ciebie”, podczas gdy ty możesz nawet nie wiedzieć, że ja z czegokolwiek rezygnuję.
I właśnie dlatego samowyciszanie może paradoksalnie dokładać się do konfliktów, zamiast im zapobiegać.
Badania nad parami pokazują, że większe samowyciszanie wiąże się między innymi z gorszą komunikacją i większym dyskomfortem podczas interakcji.
W innych badaniach samowyciszanie było związane z częstszymi i bardziej negatywnymi konfliktami oraz gorszym ich rozwiązywaniem.
Czyli:
milczę, żebyśmy się nie kłócili, ale przez to nie uczymy się rozwiązywać sytuacji, w których coś nas różni.
A przecież różnice są… i nie znikają same z siebie.
Bliskość wymaga dostępu do naszych emocji
Jest jeszcze jedna rzecz: bliskość wymaga pewnego dostępu do drugiego człowieka
Jeżeli mówię ci:
„tak”, kiedy myślę „nie”,
„wszystko okej”, kiedy jest mi przykro,
„wszystko mi jedno”, kiedy naprawdę czegoś chcę,
to ktoś może być z Tobą bardzo długo…
i jednocześnie znać Cię znacznie mniej, niż mu się wydaje.
Badania nad tłumieniem ekspresji emocjonalnej pokazują, że częstsze stosowanie tej strategii wiąże się z gorszym funkcjonowaniem społecznym, między innymi z niższą satysfakcją z relacji i mniejszym wsparciem społecznym.
W badaniach eksperymentalnych, w których ludzie podczas rozmowy mieli tłumić ekspresję swoich emocji, obserwowano również gorszy przebieg interakcji i mniejsze poczucie kontaktu między rozmówcami.
I to jest ważne.
Bo kiedy ukrywam emocje, mogę mieć poczucie:
„Chronię cię przed moimi emocjami”.
Ale druga osoba może doświadczać czegoś zupełnie innego:
„Nie wiem, co się z nią dzieje.”
„Czuję jakiś dystans.”
„Mówi, że wszystko jest dobrze, ale czuję, że nie jest.”
Czyli chroniąc drugą osobe przed naszymi trudnymi emocjami, pozbawiamy ją informacji o naszym wewnętrznym świecie.
Ale jest jeszcze jeden koszt który ponosimy tez my sami, tracimy kontakt z własnymi emocjami
Pamiętasz jak mówiłam wcześniej o tym mechanizmie
Patrzenia najpierw z perspektywy drugiej osoby
Jeżeli wydarzy się to raz – prawdopodobnie nic szczególnego się nie stanie.
Ale jeżeli przez lata, zanim zapytam:
„Czego ja chcę?”,
najpierw pytam:
„Co będzie najlepsze dla innych?”,
to po jakimś czasie odpowiedź na pierwsze pytanie może przestać być oczywista.
I pojawia się:
„Nie wiem.”
„Wszystko mi jedno.”
„Ty wybierz.”
„Nie wiem, czego potrzebuję.”
Czasem naprawdę trudno jest rozpoznać własne potrzeby, bo znacznie częściej ćwiczyliśmy rozpoznawanie potrzeb wszystkich dookoła.
I tutaj pojawia się również ważny związek ze zdrowiem psychicznym.
W metaanalizie obejmującej ponad 10 tysięcy osób stwierdzono umiarkowany związek pomiędzy samowyciszaniem a nasileniem objawów depresyjnych.
To nie oznacza oczywiście, że samowyciszanie powoduje depresję. Depresja jest złożonym zjawiskiem i wpływa na nią wiele czynników.
Ale pokazuje, że długotrwałe wyciszanie siebie nie jest psychologicznie obojętną strategią.
Czyli zobacz co z tego nam się tu za obraz ulozyl .
Zaczynam od:
„Nie powiem, bo zależy mi na naszej relacji”.
Dostaję natychmiastową nagrodę:
nie ma konfliktu.
Ale jeżeli robię to regularnie, druga osoba dostaje coraz mniej prawdziwych informacji o mnie.
Problemy pozostają nierozwiązane.
Ja mogę gromadzić frustrację.
Druga osoba może doświadczać od nas dystansu, którego nie rozumie.
A ja coraz częściej mam poczucie, że w tej relacji nie mogę być sobą.
I oduczam się coraz bardziej czucia swoich emocji i potrzeb
Czyli strategia stworzona po to, żeby ochronić bliskość, może ostatecznie zacząć tę bliskość ograniczać.
I teraz pojawia się oczywiste pytanie:
Jak radzić sobie z samowyciszaniem
No dobrze. To co mam zrobić, jeżeli właśnie orientuję się, że robię to od lat?
Na pewno nie wrócić dzisiaj do domu i powiedzieć wszystkim wszystko, czego nie powiedziałaś przez ostatnie 10 lat.
Standardowo zacznijmy od naprawdę małych rzeczy.
Możesz pobrać kartę z rozpisanymi krokami, do pracy własnej tutaj.
Krok pierwszy: zauważ moment, w którym siebie wyciszasz
Przez kilka dni spróbuj niczego nie zmieniać.
Po prostu zacznij wyłapywać momenty, w których pojawia się jakaś twoja reakcja, a chwilę później ją zatrzymujesz.
„Chciałam powiedzieć, że jest mi przykro, ale uznałam, że nie ma sensu.”
„Nie miałam ochoty tam iść, ale od razu się zgodziłam.”
„Ktoś zapytał, gdzie chcę zjeść, i automatycznie odpowiedziałam: wszystko mi jedno.”
„Potrzebowałam pomocy, ale stwierdziłam, że sama sobie poradzę.”
To może brzmieć banalnie, ale jeżeli jakieś zachowanie jest dla nas automatyczne, to może być trudno zmienić coś, czego nawet nie zauważamy.
I nie chodzi o to, żeby się łapać na samowyciszaniy i od razu się za to krytykować albo coś z tym robić
Na razie zbierasz informacje.
Jak już czujesz ze z łatwością przychodzi Ci zauważanie tego to czas na
Krok drugi: powiedz sobie co wyciszasz
Za każdym razem, kiedy zauważysz:
„Dobra, właśnie się wyciszyłam”,
spróbuj dokończyć zdanie:
„Gdybym nie musiała brać pod uwagę reakcji tej osoby, powiedziałabym…”
Albo jeszcze prościej:
„A czego JA właściwie teraz chcę?”
I nie musisz nic z tym robić.
To może zostać tylko w twojej głowie albo możesz zapisać odpowiedz albo powiedzieć do siebie.
„Tak naprawdę nie chcę jechać.”
„Jestem zła.”
„Chciałabym, żeby mnie przeprosił.”
„Potrzebuję, żeby ktoś się mną dzisiaj trochę zaopiekował.”
„Nie zgadzam się z tym.”
To jest ważne, bo celem na tym etapie nie jest jeszcze konfrontacja.
Celem jest zmniejszenie tej różnicy pomiędzy:
„Co czują i czego potrzebują inni?”
a:
„Co czuję i czego potrzebuję ja?”
Jak już to sobie poćwiczysz to czas na
Krok trzeci: zacznij ćwiczyć na rzeczach małego kalibru
Jeżeli przez lata unikasz wyrażania siebie z obawy przed reakcją innych, prawdopodobnie nie warto zaczynać treningu od rozmowy:
„Musimy porozmawiać o tym, co od dziesięciu lat nie działa w naszym małżeństwie”.
Zacznij od sytuacji, w których stawka jest mała.
Ktoś pyta:
„Co chcesz zjeść?”
Zamiast:
„Wszystko mi jedno”,
spróbuj:
„Mam ochotę na tajskie”.
Ktoś proponuje:
„Spotkajmy się w sobotę”.
Zamiast automatycznego:
„Jasne”,
spróbuj:
„Sobota średnio mi pasuje. Może niedziela?”
Partner pyta:
„Który film wybieramy?”
I zamiast:
„Ty wybierz”,
powiedz:
„Ja mam ochotę na ten”.
To mogą wydawać się absurdalnie małe rzeczy.
Ale właśnie o to chodzi.
Bo jeśli samowyciszanie pomagało ci zmniejszać zagrożenie związane z pokazaniem siebie, potrzebujesz nowych doświadczeń:
powiedziałam, czego chcę i nic strasznego się nie wydarzyło.
Miałam inne zdanie i nadal jesteśmy blisko.
Odmówiłam i relacja przetrwała.
To jest dużo skuteczniejsze niż samo powtarzanie sobie:
„Nie powinnam bać się mówić, czego chcę”.
Krok czwarty: spróbuj być o 10 procent bardziej widoczna
Nie musisz przechodzić od:
„Nigdy nie mówię, co czuję”
do:
„Zawsze komunikuję każdą emocję”.
Spróbuj być w jednej relacji o 10 procent bardziej widoczna niż dotychczas.
Jeżeli zwykle mówisz:
„Nic się nie stało”,
może następnym razem:
„Trochę zrobiło mi się przykro, kiedy to powiedziałeś”.
Jeżeli zwykle zgadzasz się od razu:
„Dobra”,
spróbuj:
„Daj mi chwilę, chcę się zastanowić”.
Jeżeli zwykle tłumaczysz zachowanie drugiej osoby:
„Pewnie miał ciężki dzień”,
dodaj:
„…i jednocześnie nie podoba mi się sposób, w jaki się do mnie odezwał”.
To ostatnie jest szczególnie ważne.
Bo empatia wobec drugiego człowieka nie musi oznaczać rezygnowania z własnej perspektywy.
Mogę rozumieć ciebie i nadal słyszeć siebie.
Krok piąty: ucz się wytrzymywać to, co wydarzy się później
I to może być najtrudniejsza część.
Bo czasami powiesz:
„Nie chcę”.
I ktoś będzie rozczarowany.
Powiesz:
„Nie zgadzam się”.
I ktoś nadal będzie uważał inaczej.
Powiesz:
„Zrobiło mi się przykro”.
I druga osoba może poczuć dyskomfort i bronić się przed jego czuciem atakując Ciebie.
Celem nie jest więc nauczenie się takiej komunikacji, dzięki której nikt nigdy nie zareaguje negatywnie.
Takiej komunikacji nie ma.
Jeżeli przez lata twoją strategią było zapobieganie niezadowoleniu innych ludzi, ważną częścią zmiany może być nauczenie się:
„Ktoś może być niezadowolony z mojej decyzji, a ja nadal mogę przy niej zostać”.
„Ktoś może mieć inne zdanie i nie oznacza to automatycznie zagrożenia dla naszej relacji.”
„Mogę poczuć napięcie po postawieniu granicy i nie muszę natychmiast tej granicy wycofywać, żeby napięcie zniknęło.”
Bo pamiętasz mechanizm, o którym mówiłam wcześniej?
Milczę → napięcie spada → mózg uczy się, że milczenie mnie chroni.
Teraz próbujemy stworzyć nowe doświadczenie:
mówię trochę więcej o sobie → pojawia się napięcie → zostaję z nim → okazuje się, że potrafię sobie z nim poradzić.
I stopniowo uczę się, że pokazanie siebie nie musi oznaczać katastrofy.
I jeszcze jedna bardzo ważna rzecz: obserwuj, co robi z twoim głosem druga osoba
Bo kiedy zaczynasz mniej się samowyciszać, dowiadujesz się czegoś nie tylko o sobie.
Dowiadujesz się również czegoś o swoich relacjach.
Mówisz:
„Nie mam dziś ochoty się spotkać”.
I ktoś odpowiada:
„Jasne, to może w przyszłym tygodniu”.
Mówisz:
„Zrobiło mi się przykro”.
I słyszysz:
„Nie wiedziałem. Opowiedz mi, co cię dotknęło”.
To są doświadczenia, dzięki którym możemy uczyć się, że w relacji jest miejsce również dla nas.
Ale może wydarzyć się inaczej.
Za każdym razem, kiedy wyrażasz inne zdanie, ktoś cię ośmiesza.
Kiedy stawiasz granicę, karze cię ciszą.
Kiedy mówisz o swoich emocjach, słyszysz, że jesteś przewrażliwiona.
Kiedy odmawiasz, pojawiają się groźby, agresja albo próba wzbudzenia w tobie poczucia winy.
I wtedy warto uważać, żeby całego problemu nie sprowadzić do:
„Muszę nauczyć się lepiej komunikować”.
Bo czasami samowyciszanie nie pojawia się wyłącznie dlatego, że boję się reakcji drugiego człowieka.
Czasami pojawia się dlatego, że nauczyłam się, że ta reakcja rzeczywiście bywa dla mnie trudna albo niebezpieczna.
I wtedy też pytanie brzmi, co wtedy z taka relacją dalej, jak chce by to wyglądało.
A to być może już tez temat na kolejny odcinek.
Pamiętaj,
Nie musisz jutro stać się najbardziej asertywną osobą na świecie.
Nie musisz przeprowadzać wszystkich trudnych rozmów, które odkładałaś przez ostatnie pięć czy dziesięć lat.
Możesz zacząć od zauważenia:
„Właśnie chciałam coś powiedzieć i się zatrzymałam”.
Albo od zapytania siebie:
„Co właściwie chciałam powiedzieć?”
A potem może od jednego małego:
„Ja …”.
Na dzisiaj to wszystko – część. I nie zapomnij przesłać tego odcinka komuś kto wiesz, że ma tendencje do samowyciszania się i może się mu to przydać!

Natalia Sadownik Psycholog TSR