You are currently viewing # 83 Kiedy czujesz, że dajesz więcej niż dostajesz

# 83 Kiedy czujesz, że dajesz więcej niż dostajesz

Psychologia do kawy
Psychologia do kawy
# 83 Kiedy czujesz, że dajesz więcej niż dostajesz
Loading
/

Przyczyny poczucia niesprawiedliwości w relacjach

Czy masz czasem poczucie, że robisz dla partnera naprawdę dużo, a mimo to czujesz się niedoceniona? Zastanawiasz się, dlaczego dajesz więcej niż dostajesz i skąd bierze się poczucie niesprawiedliwości w relacji? W tym artykule i odcinku podcastu wyjaśniam, co na ten temat mówi psychologia oraz badania naukowe…

Dowiesz się:

  • dlaczego czujemy się niedocenieni,
  • czym jest niewidzialna umowa w relacjach,
  • dlaczego ludzie nie domyślają się naszych potrzeb,
  • czym różni się troska od people pleasing,
  • co mówią badania psychologiczne,
  • jak budować zdrowsze relacje.

Dlaczego czujesz, że dajesz więcej niż dostajesz? O niewidzialnym Excelu w relacjach

Czy zdarzyło Ci się kiedyś pomyśleć: „Ja naprawdę robię dla tej osoby tyle… a ona tego w ogóle nie widzi”? Albo: „Czy naprawdę tak trudno było zapytać, jak się czuję?”.

A może pojawiła się u Ciebie myśl: „Ja zawsze pamiętam o wszystkich. O urodzinach. O ważnych spotkaniach. O tym, co ktoś lubi. A kiedy ja czegoś potrzebuję… jakoś nikogo nie ma”.

To często idzie w parze z bardzo trudnym uczuciem: poczuciem niesprawiedliwości. Bo Ty widzisz, że dajesz naprawdę dużo. A im więcej dajesz, tym bardziej boli, kiedy nie dostajesz tego samego w zamian.

W tym odcinku podcastu przyglądam się temu, skąd bierze się poczucie, że dajemy w relacji więcej niż dostajemy. Opowiadam o niewidzialnych oczekiwaniach, potrzebie zasługiwania na miłość, lęku przed odrzuceniem i o tym, dlaczego czasem nasze starania zamiast budować bliskość, prowadzą do zmęczenia, żalu i rozczarowania.

Dlaczego czasem dajemy z lęku, a nie z miłości?

Dziś chciałabym zaproponować Ci trochę inną perspektywę.

Zacznijmy od pytania: skąd właściwie bierze się to, że robimy coś dla drugiego człowieka?

Bo zobacz.

Dwie osoby mogą zrobić dokładnie to samo.

Jedna przygotuje partnerowi śniadanie.

Druga też przygotuje partnerowi śniadanie.

Z zewnątrz to taka sama sytuacja. Ale psychologicznie to mogą być dwie zupełnie różne sytuacje.

Pierwsza osoba robi to dlatego, że naprawdę sprawia jej przyjemność troszczenie się o drugiego człowieka. Widzi, że partner miał ciężki dzień, chce zrobić mu coś miłego, po prostu dlatego, że go kocha.

Natomiast druga osoba robi dokładnie to samo, ale gdzieś głęboko pojawia się myśl:

„Jeśli nie będę taka dobra… jeśli przestanę się starać… może przestanę być ważna. A może chcę, żeby on widział, że jestem idealną partnerką”.

I to jest ogromna różnica.

Bo z zewnątrz widzimy zachowanie.

Ale nasz układ nerwowy reaguje przede wszystkim na motywację, czyli na to, czym emocjonalnie się kierujemy.

I właśnie o tej motywacji będzie ten odcinek.

Bo czasami problemem nie jest to, że jesteśmy zbyt dobrzy.

Tylko to, że ta dobroć staje się naszą strategią na zmniejszenie lęku.

Strategią na zatrzymanie relacji.

Strategią na uniknięcie odrzucenia.

Czym jest niewidzialny Excel w relacjach?

Wyobraź sobie taką sytuację.

Jest para.

Ona pamięta o wszystkim.

Kupuje jego ulubioną kawę.

Pamięta o urodzinach jego mamy.

Rezygnuje z własnych planów, kiedy on ma gorszy dzień.

Jedzie z nim na spotkania rodzinne, mimo że nie ma na to ochoty.

Nie mówi, kiedy coś jej nie pasuje.

Nie chce robić problemów.

Coraz częściej mówi:

„Nie szkodzi”.

„Daj spokój”.

„Poradzę sobie”.

Aż pewnego dnia wybucha.

I mówi:

„Ja tyle dla ciebie robię, a ty nawet nie zauważyłeś, że jestem zmęczona. Nie zapytasz nawet, jak się czuję i czy mi w czymś pomóc”.

I wtedy bardzo często partner odpowiada coś w stylu:

„Ale przecież nic nie mówiłaś”.

I obie strony są przekonane, że mają rację.

Ona myśli:

„Przecież to oczywiste”.

On myśli:

„Skąd miałem to wiedzieć?”.

Jest taka metafora, którą bardzo lubię.

Wyobrażam sobie, że wielu z nas nosi w głowie niewidzialny arkusz Excela.

Taki, którego nikt poza nami nie widzi.

I każdego dnia dopisujemy kolejne wiersze:

„Pojechałam, mimo że byłam zmęczona”.

„Nie powiedziałam, że jest mi przykro”.

„Zgodziłam się na to, czego on chce”.

„Odwołałam spotkanie z koleżanką”.

„Pomogłam”.

„Wysłuchałam”.

„Ustąpiłam”.

„Przemilczałam”.

I ten Excel z każdym miesiącem robi się coraz dłuższy.

Tylko problem polega na tym, że druga osoba nigdy go nie widziała.

Nie wie, z czego zrezygnowałaś.

Nie wie, ile wysiłku Cię to kosztowało.

A mimo to zaczynamy oczekiwać, że któregoś dnia ten dług zostanie spłacony.

Tylko jak ktoś ma spłacić coś, o czym nawet nie wie?

Dlaczego robimy dobre rzeczy?

I tutaj dochodzimy do czegoś, co bardzo mnie fascynuje.

Przez wiele lat badacze próbowali odpowiedzieć na pytanie:

Dlaczego ludzie robią dobre rzeczy?

Czy dlatego, że naprawdę chcą?

Czy dlatego, że czegoś chcą uniknąć?

Jedną z teorii, która bardzo pomaga to zrozumieć, jest Teoria Autodeterminacji (Self-Determination Theory) stworzona przez Edwarda Deciego i Richarda Ryana.

Jej główne założenie jest zaskakująco proste.

Człowiek może robić dokładnie tę samą rzecz z dwóch zupełnie różnych powodów.

Może działać dlatego, że coś jest zgodne z jego wartościami.

Albo dlatego, że próbuje uniknąć czegoś nieprzyjemnego.

Wyobraź sobie dwie osoby, które mówią partnerowi:

„Jasne, mogę pojechać z Tobą do Twoich rodziców.”

Jedna myśli:

„Lubię spędzać z Tobą czas.”

Druga myśli:

„Jeśli odmówię, pomyślisz, że nie jestem dobrą partnerką. Twoi rodzice uznają, że jestem egoistką. Może Cię rozczaruję.”

To dokładnie to samo zachowanie.

Ale zupełnie inna motywacja.

I właśnie ta motywacja bardzo często decyduje o tym, czy po kilku miesiącach będziemy czuć satysfakcję…

…czy ogromne zmęczenie i narastający żal.

Chciałabym, żebyś na chwilę zatrzymała się i zadała sobie jedno pytanie.

Gdybyś miała stuprocentową pewność, że ta osoba Cię nie odrzuci…

…że nie przestanie Cię kochać…

…że nie odejdzie…

czy nadal robiłabyś wszystkie te rzeczy dokładnie w taki sam sposób?

Nie odpowiadaj od razu.

Bo odpowiedź na to pytanie bardzo często pokazuje, czy w danym zachowaniu jest więcej troski…

…czy więcej lęku.

I chciałabym od razu podkreślić jedną bardzo ważną rzecz.

To nie jest tak, że robienie czegoś z lęku oznacza, że nie kochasz.

Bardzo często kochamy naprawdę.

Ale jednocześnie boimy się utraty tej relacji.

I właśnie wtedy obie te motywacje zaczynają się ze sobą mieszać.

Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy to lęk zaczyna kierować większością naszych decyzji.

Bo wtedy coraz rzadziej pytamy siebie:

„Czy ja tego chcę?”

A coraz częściej:

„Co muszę zrobić, żeby ta osoba została?”

Dlaczego czujemy, że dajemy więcej niż dostajemy?

teraz chciałabym, żebyśmy się na chwilę zatrzymali.

Bo myślę, że wielu z nas zrobiło kiedyś coś podobnego.

Robimy coś dla kogoś.

Ale tak naprawdę nie robimy tego tylko dlatego, że chcemy.

Robimy to również dlatego, że liczymy, iż kiedyś ta osoba zachowa się wobec nas podobnie.

Czy to jest coś złego?

Nie.

To jest bardzo ludzkie.

Relacje opierają się przecież na wzajemności.

Problem pojawia się wtedy, kiedy ta wzajemność istnieje tylko w naszej wyobraźni.

Bo druga osoba może mieć zupełnie inną definicję dbania o relację.

Psychologia społeczna od wielu lat bada coś, co nazywa się teorią sprawiedliwości w relacjach.

Zakłada ona, że właściwie każdy z nas – mniej lub bardziej świadomie – ocenia relację przez pryzmat tego, ile wkłada i ile otrzymuje.

I to jest zupełnie normalne.

Gdyby jedna osoba przez całe życie tylko dawała, a druga tylko brała, trudno byłoby mówić o zdrowej relacji.

Ale jest tutaj pewien haczyk.

My bardzo często zakładamy, że druga osoba liczy dokładnie to samo, co my.

A tak prawie nigdy nie jest.

Wyobraź sobie dwie osoby.

Dla jednej ogromnym wysiłkiem było pojechanie do teściów na weekend.

Bo jest introwertykiem.

Potrzebuje odpoczynku.

Poświęciła swój komfort.

W jej głowie to ogromny dowód miłości.

Partner?

Nawet o tym nie pomyślał, bo dla niego wizyta u rodziców to przyjemność.

Za to przez cały tydzień odbierał dzieci z przedszkola.

W jego głowie…

to był największy wyraz troski.

I teraz wyobraź sobie ich rozmowę.

Ona myśli:

„Ja tyle dla ciebie zrobiłam.”

On odpowiada:

„Ale przecież ja też.”

I oboje mówią prawdę.

Tylko każde z nich liczy coś innego.

Dlatego czasami mówię klientom w gabinecie, że relacja przypomina dwa różne konta bankowe.

Tylko problem polega na tym, że każde z nas wpłaca inną walutę.

Jedna osoba wpłaca czas i uwagę.

Druga drobne gesty i prezenty.

Jedna daje czułość.

Druga poczucie bezpieczeństwa.

Jedna organizuje codzienność.

Druga bierze odpowiedzialność finansową.

I każda z nich patrzy na swoje wpłaty, myśląc:

„Przecież tyle daję.”

A jednocześnie może w ogóle nie zauważać wszystkich wpłat tej drugiej osoby.

Nie dlatego, że jest niewdzięczna.

Ale dlatego, że nasz mózg znacznie łatwiej zauważa koszt tego, co sami poświęcamy.

Pamiętam, że ustąpiłam.

Pamiętam, że byłam zmęczona.

Pamiętam, że odwołałam swoje plany.

Ale już znacznie trudniej zauważyć wszystkie te momenty, w których druga osoba również z czegoś zrezygnowała.

Zwłaszcza jeśli zrobiła to w zupełnie inny sposób niż my.

I może właśnie dlatego tak często w gabinecie słyszę:

„Po prostu chciałabym, żeby zrobił dla mnie to samo.”

Tylko…

czy naprawdę chodzi o to samo?

Czy może chodzi o to, żeby druga osoba sprawiła, że poczujesz się równie ważna, jak Ty próbowałaś sprawić, żeby ona czuła się ważna?

Bo to już nie jest to samo.

I właśnie tutaj zaczynamy mówić o tym, co naprawdę ma znaczenie.

Nie o konkretnych zachowaniach.

Ale o potrzebach, które za nimi stoją.

O tym, czego każde z nas potrzebuje, żeby czuć się kochanym.

Dlaczego partner nie domyśla się naszych potrzeb?

I okazuje się, że to wcale nie jest takie proste.

Kiedy pytam kogoś w gabinecie:

„A powiedziałaś mu, że tego potrzebujesz?”

bardzo często słyszę odpowiedź:

„Nie…”

Albo:

„Przecież powinien się domyślić.”

Czasem ktoś mówi:

„To jest przecież oczywiste. Naprawdę mam mu wszystko mówić?”

I to zdanie jest niezwykle ciekawe.

„Powinien się domyślić.”

Zastanawiałaś się kiedyś, skąd właściwie bierze się to przekonanie?

Dlaczego wydaje nam się, że ktoś powinien wiedzieć, czego potrzebujemy, nawet jeśli nigdy mu o tym nie powiedzieliśmy?

W psychologii istnieje zjawisko nazywane iluzją przejrzystości.

To naturalna tendencja naszego mózgu do przeceniania tego, jak bardzo inni ludzie rozumieją nasze myśli, emocje i intencje.

Innymi słowy…

nam wydaje się, że to, co dzieje się w naszej głowie, jest dużo bardziej widoczne, niż jest w rzeczywistości.

Bo skoro ja czuję, że jestem zmęczona…

to przecież to widać.

Skoro od tygodnia jest mi przykro…

to przecież on powinien to zauważyć.

Skoro trzy razy odmówiłam spotkania z koleżankami, żeby spędzić z nim czas…

to przecież powinien wiedzieć, ile mnie to kosztowało.

Tylko…

bardzo często on albo ona po prostu tego nie wie.

Nie dlatego, że nie chce.

Nie dlatego, że ma Cię gdzieś.

Ale dlatego, że zwyczajnie nie mieszka w Twojej głowie.

Czasami wyobrażam sobie relację jak dwa domy stojące naprzeciwko siebie.

W jednym mieszkam ja.

W drugim druga osoba.

Ja widzę wszystko, co dzieje się u mnie.

Każdą myśl.

Każde zawahanie.

Każdą łzę.

Każdą sytuację, kiedy powiedziałam: „W porządku”, choć wcale nie było w porządku.

Każdy moment, kiedy z czegoś zrezygnowałam.

Każdą chwilę, kiedy coś przemilczałam.

I po jakimś czasie zaczynam zakładać, że skoro ja to wszystko widzę…

to druga osoba też.

Tymczasem ona stoi po drugiej stronie ulicy.

Widzi tylko to, co pokazuję przez okno.

I myślę, że właśnie dlatego tak wiele osób doświadcza ogromnego poczucia niesprawiedliwości.

Bo cierpią nie tylko dlatego, że ich potrzeby nie są zaspokajane.

Cierpią również dlatego, że są przekonane, iż druga osoba świadomie je ignoruje.

A to są dwie zupełnie różne sytuacje.

Bo jeśli ktoś wie, czego potrzebuję, rozumie to i mimo wszystko wybiera, żeby mnie ranić…

to rzeczywiście jest poważny problem w relacji.

Ale jeśli ktoś nawet nie wie…

to trudno oczekiwać, że będzie na tę potrzebę odpowiadał.

Powiem teraz coś, co może zabrzmieć trochę przewrotnie.

Czasami ludzie mówią:

„Jeśli będę musiała powiedzieć, czego potrzebuję, to to już nie będzie prawdziwa troska.”

Albo:

„Nie chcę prosić. Chciałabym, żeby sam chciał.”

I naprawdę to rozumiem.

Myślę, że każdy z nas chciałby czasem zostać zauważony bez proszenia.

Każdy chciałby mieć poczucie:

„Ktoś mnie tak dobrze zna, że po prostu wie.”

Ale zastanówmy się przez chwilę…

Czy Ty zawsze wiesz, czego potrzebują inni?

Nawet najbliższe Ci osoby?

Czy zawsze wiesz, czego potrzebuje Twój partner?

Mama?

Przyjaciółka?

Czy naprawdę potrafisz czytać im w myślach?

No właśnie.

Dlaczego więc wymagamy od nich czegoś, czego sami nie potrafimy?

I myślę, że za tym wszystkim kryje się coś jeszcze głębszego.

Bo bardzo często nie chodzi o to, żeby druga osoba zrobiła konkretną rzecz.

Nie chodzi o kwiaty.

Nie chodzi o umyte naczynia.

Nie chodzi o pamiętanie o rocznicy.

Tak naprawdę chodzi o pytanie:

„Czy jestem dla Ciebie wystarczająco ważna, żebyś o mnie pomyślał?”

I to jest zupełnie inna potrzeba.

Bo jeśli moją prawdziwą potrzebą jest poczucie bycia ważną…

to nawet jeśli partner kupi kwiaty…

ale zrobi to dlatego, że domyślił się po awanturze…

mogę nadal czuć niedosyt.

Bo tak naprawdę nie chodziło o kwiaty.

Chodziło o potwierdzenie:

„Jesteś dla mnie ważna.”

Czasami wydaje nam się, że walczymy o konkretne zachowanie drugiej osoby.

A tak naprawdę walczymy o emocję, którą chcemy dzięki temu zachowaniu poczuć.

Nie chcę, żebyś zrobił mi kawę.

Chcę poczuć, że o mnie pomyślałeś.

Nie chcę, żebyś zawsze pierwszy pisał.

Chcę poczuć, że za mną tęsknisz.

Nie chcę, żebyś zawsze zgadzał się ze mną.

Chcę poczuć, że moje zdanie jest dla Ciebie ważne.

I kiedy zaczynamy odkrywać tę głębszą potrzebę…

nagle okazuje się, że istnieje bardzo wiele sposobów, żeby ją zaspokoić.

A druga osoba wreszcie ma szansę dowiedzieć się…

czego naprawdę potrzebujemy.

Czy naprawdę dajesz więcej niż inni?

I jeszcze jedno zdanie, które bardzo często słyszę w gabinecie.

„Ale ja naprawdę daję więcej niż inni. Po prostu ludzie mnie wykorzystują.”

Może Ty też kiedyś tak pomyślałaś.

„Dlaczego znowu jestem tą osobą, która bardziej się stara?”

„Dlaczego znowu ja pamiętam?”

„Dlaczego znowu ja inicjuję rozmowy?”

I bardzo łatwo dojść wtedy do wniosku:

„Widocznie przyciągam takie osoby.”

Albo:

„Mam pecha do ludzi.”

Ale myślę, że rzeczywistość jest trochę bardziej skomplikowana.

Wyobraź sobie dwie osoby.

Jedna z nich od samego początku bardzo dużo daje.

Sama proponuje spotkania.

Sama organizuje.

Sama pamięta.

Sama przeprasza.

Sama ustępuje.

Druga osoba…

nie musi tego robić.

Nie dlatego, że nie chce.

Ale dlatego…

że ktoś już to robi.

I to jest bardzo ciekawy mechanizm.

Ludzie niezwykle szybko uczą się zasad obowiązujących w relacji.

Jeśli od początku to Ty zawsze dzwonisz…

druga osoba uczy się, że taka jest dynamika między Wami.

Jeśli zawsze zgadzasz się na termin…

nie musi zastanawiać się nad kompromisem.

Jeśli nigdy nie mówisz, że coś Ci przeszkadza…

bardzo łatwo uznać, że wszystko jest w porządku.

I chciałabym tutaj bardzo uważać.

Bo to nie jest obwinianie osoby, która daje więcej.

Absolutnie nie.

To jest raczej pokazanie, że ludzie uczą się siebie nawzajem.

Relacja trochę przypomina taniec.

Jeśli jedna osoba przez cały czas robi krok do przodu…

druga bardzo często nawet nie zauważa, że sama stoi w miejscu.

Bo ten taniec…

mimo wszystko cały czas trwa.

Myślę, że to jest jedna z najtrudniejszych rzeczy do zauważenia.

Czasami nasze największe starania…

paradoksalnie utrudniają drugiej osobie rozwinięcie pewnych umiejętności.

Jeżeli zawsze przejmuję odpowiedzialność za atmosferę…

druga osoba nie musi nauczyć się regulować konfliktów.

Jeżeli zawsze pierwsza wyciągam rękę po kłótni…

nigdy nie dowiem się…

czy Ty też potrafisz to zrobić.

To trochę jak z rodzicem, który przez całe dzieciństwo wiąże dziecku buty.

Robi to z miłości.

Chce pomóc.

Chce, żeby było szybciej.

Chce oszczędzić dziecku frustracji.

Ale jednocześnie…

odbiera dziecku okazję do nauczenia się tej umiejętności.

I bardzo podobnie bywa w dorosłych relacjach.

Kiedy przez lata wyręczamy drugą osobę emocjonalnie…

czasami nawet nieświadomie uczymy ją…

że nie musi rozwijać tej części siebie.

I teraz chciałabym, żebyś usłyszała jedno bardzo ważne zdanie.

Dawanie samo w sobie nie buduje bliskości.

Wiem…

brzmi trochę kontrowersyjnie.

Ale pozwól, że dopowiem.

To nie samo dawanie buduje bliskość.

Bliskość buduje…

wzajemność.

Bo prawdziwa bliskość wymaga, żeby obie osoby miały przestrzeń zarówno dawać…

jak i przyjmować.

Zarówno troszczyć się…

jak i pozwolić zatroszczyć się o siebie.

Jeśli tylko jedna osoba daje…

a druga głównie przyjmuje…

z czasem przestaje to przypominać partnerstwo.

Zaczyna przypominać relację opiekuna i osoby, którą trzeba się opiekować.

I myślę, że właśnie dlatego tak wiele osób mówi później:

„Czuję się jak jego mama.”

Albo:

„Mam wrażenie, że wszystko jest na mojej głowie.”

To nie zawsze wynika z tego, że druga osoba jest niedojrzała.

Czasami przez lata wspólnie, zupełnie nieświadomie, stworzyliście taki system.

System, w którym jedna osoba nauczyła się dawać…

a druga nauczyła się, że nie musi aż tak bardzo się angażować.

I najtrudniejsze jest to…

że obie strony często cierpią.

Jedna czuje się przeciążona.

Druga ma poczucie, że cokolwiek zrobi, i tak nie będzie wystarczające.

Bo kiedy przez lata dostawała bardzo dużo…

trudno nagle domyślić się, że oczekiwania drugiej strony się zmieniły.

Dlatego zamiast pytać:

„Kto daje więcej?”

czasami warto zapytać:

„Jaką dynamikę wspólnie stworzyliśmy?”

Bo odpowiedź na to pytanie daje nam dużo większy wpływ na relację niż samo szukanie winnego.

Jak sprawdzić, czy działasz z miłości, czy z lęku?

I w tym momencie możesz pomyśleć:

„No dobrze Natalia… ale skąd mam wiedzieć, z czego właściwie wynika moje zachowanie?”

Bo przecież życie nie jest czarno-białe.

To nie jest tak, że robimy coś wyłącznie z miłości albo wyłącznie z lęku.

Bardzo często te dwie motywacje się ze sobą mieszają.

Mogę naprawdę kochać mojego partnera…

i jednocześnie bać się, że jeśli odmówię, to go rozczaruję.

Mogę naprawdę chcieć pomóc koleżance…

ale jednocześnie bać się, że jeśli odmówię, przestanie mnie lubić.

Dlatego myślę, że zamiast zadawać sobie pytanie:

„Czy robię to z miłości czy z lęku?”

warto zadać sobie kilka innych pytań.

To pytania, które często pomagają zobaczyć własną motywację dużo wyraźniej.

1. Co by się stało, gdybym tego nie zrobiła?

I nie chodzi mi o to, co realnie mogłoby się wydarzyć.

Chodzi mi o pierwszą odpowiedź, która pojawia się w Twojej głowie.

Bo jeśli pojawia się myśl:

„Pewnie nic.”

albo:

„Byłoby mu przykro, ale poradzilibyśmy sobie z tym.”

to bardzo możliwe, że jest w tym sporo wolności.

Ale jeśli pierwsza myśl brzmi:

„Obrazi się.”

„Uzna, że jestem egoistką.”

„Przestanie mnie kochać.”

„Odejdzie.”

„Zawiodę go.”

to być może decyzję podejmuje już nie tylko Twoje serce.

Ale również Twój lęk.

2. Czy umiem przyjąć odmowę?

To pytanie bardzo często pokazuje, z jakiego miejsca działamy.

Kiedy robimy coś z lęku…

bardzo często oczekujemy wdzięczności.

Oczekujemy zauważenia.

Oczekujemy odwzajemnienia.

I kiedy tego nie dostajemy…

pojawia się ogromny ból.

Natomiast kiedy robimy coś z autentycznej chęci…

oczywiście jest nam miło, kiedy ktoś to doceni.

Ale brak tego docenienia nie burzy naszej tożsamości.

Nie sprawia, że od razu czujemy się nieważni.

3. Czy umiem poprosić o pomoc?

To pytanie jest chyba najtrudniejsze.

Bo osoby, które bardzo dużo dają…

często bardzo trudno przyjmują.

Paradoksalnie łatwiej jest im pomagać niż powiedzieć:

„Słuchaj… dzisiaj ja potrzebuję Ciebie.”

Zastanawiałaś się kiedyś dlaczego?

Myślę, że czasami dlatego, że dawanie daje nam poczucie kontroli.

Kiedy daję…

wiem, co robię.

Wiem, że jestem potrzebna.

Wiem, że mam wpływ.

Ale kiedy proszę…

staję się zależna od odpowiedzi drugiej osoby.

A to oznacza ryzyko.

Ryzyko usłyszenia „nie”.

Ryzyko rozczarowania.

Ryzyko odrzucenia.

Dlatego wiele osób woli nie prosić.

I później cierpią w ciszy.

4. Czy druga osoba w ogóle wie, czego potrzebuję?

Nie:

„Czy powinna wiedzieć?”

Nie:

„Czy domyślenie się byłoby pięknym dowodem miłości?”

Ale:

Czy naprawdę jej to powiedziałam?

Wprost.

Jasno.

Bez obrażania się.

Bez testowania.

Bez czekania, aż sama zgadnie.

Bo jeśli odpowiedź brzmi „nie”…

to być może problemem nie jest brak miłości.

Być może problemem jest brak informacji.

5. Gdybym miała pewność, że ta osoba mnie kocha i nie odejdzie… czy nadal zrobiłabym to samo?

To chyba moje ulubione pytanie.

Bo ono nie ma sprawić, że przestaniesz być dobrą partnerką.

Ma Ci pokazać…

ile w Twoim zachowaniu jest wolności.

I myślę, że jest jeszcze jeden bardzo ważny drogowskaz.

Nie zawsze od razu wiemy, jaka jest nasza motywacja.

Ale nasze ciało często wie wcześniej niż nasza głowa.

Jeśli przed odmową czujesz ścisk w żołądku…

Jeśli przez cały dzień myślisz:

„Co on sobie pomyśli?”

Jeśli nie możesz zasnąć po postawieniu granicy…

Jeśli czujesz ogromne poczucie winy tylko dlatego, że wybrałaś siebie…

to bardzo możliwe, że nie walczysz z egoizmem.

Tylko z lękiem przed utratą relacji.

I to właśnie ten lęk warto zaopiekować.

Bo kiedy on staje się mniejszy…

dużo łatwiej wybierać dobroć z wolności, a nie z przymusu.

Dlaczego nie da się zasłużyć na miłość?

Kiedy przygotowywałam się do tego odcinka i czytałam badania dotyczące motywacji, relacji i stylów przywiązania, ciągle wracało do mnie jedno zdanie.

To nie nasze zachowanie najbardziej wpływa na relację.

Najbardziej wpływa na nią powód, dla którego to zachowanie podejmujemy.

Bo często mylimy

Dobroć…

i zasługiwanie.

Dobroć mówi:

“Robię to, bo chcę.”

Zasługiwanie mówi:

“Robię to, żeby zasłużyć na miłość.”

Dobroć daje wolność.

Zasługiwanie rodzi napięcie.

Bo jeśli całe życie próbuję zasłużyć na to, żeby ktoś mnie wybrał…

to nigdy nie będę miała pewności, że już zrobiłam wystarczająco dużo.

Zawsze można przecież zrobić jeszcze trochę więcej.

A ale Nie ma takiej liczby przysług…

takiej liczby poświęceń…

ani takiej liczby wyrzeczeń…

która zagwarantuje, że druga osoba nigdy nie odejdzie.

I wiem…

To może być trudne do usłyszenia.

Ale jednocześnie…

jest w tym coś bardzo uwalniającego.

Bo skoro nie mogę sobie tej gwarancji wypracować…

to może wcale nie muszę całe życie próbować.

Czasami myślę o relacjach jak o siedzeniu przy stole.

Wyobraź sobie, że przez całe życie stoisz.

Biegasz wokół stołu.

Donosisz kolejne potrawy.

Nalewasz wszystkim herbatę.

Sprzątasz talerze.

Pytasz:

“Czy czegoś jeszcze potrzebujecie?”

I robisz to z nadzieją…

że ktoś w końcu spojrzy na Ciebie i powie:

“Usiądź. Teraz my zadbamy o Ciebie.”

Tylko problem polega na tym…

że jeśli przez lata pokazujesz wszystkim, że świetnie radzisz sobie sama…

że niczego nie potrzebujesz…

że zawsze jesteś tą silną…

ludzie mogą nawet nie zauważyć…

że od dawna jesteś przemęczona.

I może właśnie dlatego odwagą jest czasem usiąść.

Powiedzieć:

“Dzisiaj nie dam rady.”

“Potrzebuję pomocy.”

“Jest mi trudno.”

“Chciałabym, żebyś tym razem to Ty się mną zaopiekował.”

Bo zobacz…

Jeśli druga osoba nigdy nie ma okazji się Tobą zaopiekować…

to skąd ma wiedzieć…

że w ogóle tego potrzebujesz?

I chciałabym zakończyć ten odcinek jednym pytaniem.

Nie po to, żebyś odpowiedziała mi.

Ale żebyś odpowiedziała sobie.

Czy ludzie, którzy są dziś najbliżej Ciebie…

znają prawdziwą Ciebie?

Nie tę, która zawsze pamięta.

Nie tę, która wszystko organizuje.

Nie tę, która wszystkich wspiera.

Nie tę, która zawsze mówi:

“Nie martw się, poradzę sobie.”

Ale tę…

która czasami się boi.

Która potrzebuje wsparcia.

Która nie zawsze jest silna.

Która czasami chciałaby usłyszeć:

“Widzę, że jest Ci ciężko.”

Bo jeśli oni znają tylko Twoją zaradność…

to być może nigdy nie mieli szansy poznać Twojej bezbronności.

A przecież właśnie tam…

bardzo często rodzi się prawdziwa bliskość.

I na koniec zostawię Ci jedno zdanie, które – mam nadzieję – zostanie z Tobą trochę dłużej.

Zdrowa relacja nie polega na tym, że przestajesz dawać.

Polega na tym, że przestajesz dawać po to, żeby zasłużyć na miłość.

Bo relacja powinna być miejscem, w którym obie osoby mogą czasem być silne…

i obie mogą czasem być słabe.

Gdzie obie mogą dawać…

ale też obie potrafią przyjmować.

I właśnie tego chciałabym Ci życzyć.

żebyś coraz częściej mogła wybierać dawanie z wolności…

a nie z lęku.

Bo dopiero wtedy druga osoba ma szansę pokochać nie to, co dla niej robisz…

ale Ciebie.